Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kobiecyelement. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kobiecyelement. Pokaż wszystkie posty

stycznia 04, 2019

Kiedy baba za kółkiem stanie się kobietą? Rozmowa z Moniką "Mmuffin" Piszczek

Kiedy baba za kółkiem stanie się kobietą? Rozmowa z Moniką "Mmuffin" Piszczek
Czy Nowa Huta jest kobietą, a kosmonautki są wśród nas? Za co pokochać można Londyn, a przestać lubić Instagram? Dlaczego odkrywanie jest bardziej ekscytujące niż odkrycie? Na te i wiele innych pytań odpowiedzi znajdziecie w rozmowie z kolejną bohaterką akcji _Kobiecy Element. Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Moniką „Mmuffin” Piszczek, krakowską ilustratorką i autorką naszej kosmonautki, która stała się „twarzą” _Kobiecego Elementu.




Moniko, tworzysz i podpisujesz swoje prace pod pseudonimem - Mmuffin. Co on oznacza? Kim jest Mmuffin?

Dawno, dawno temu w odległej przeszłości, znajomi w szkole nazywali mnie Muffinem. To było w szkole - w Irlandii, gdzie mieszkałam przez jakiś czas z rodzicami. Czułam się tam bardzo samotna. Słodkie muffinki były dla mnie czymś nowym i totalnie się od nich uzależniłam. Miałam nawet swój cotygodniowy rytuał jedzenia czekoladowych babeczek. Gdy teraz o tym myślę, trochę chcę mi się śmiać, bo w tym momencie nie jestem wielką fanką słodyczy, ale wtedy ten muffinek, raz w tygodniu był dla mnie spełnieniem życia. Parę lat później, nowi znajomi wciąż się ze mnie śmiali, że jestem słodka jak muffinka i już tak zostało - dostałam ksywę Muffin.


W pewnym momencie – jako polska artystka działająca zagranicą - bardzo potrzebowałam znaleźć pseudonim, żebym nie musiała zawsze literować swojego nazwiska i nie kojarzyła się z naszym znanym polskim piłkarzem. Wybrałam więc Monique Muffin, które później przekształciłam na Miss Muffin i od paru lat nie mogę się od tego uwolnić. A w pracy jestem McMuffinem. Można powiedzieć , że to moje artystyczne alter ego. Na co dzień jestem Moniką – córką, siostrą, narzeczoną i ciocią. W chwili gdy zamykam się w swoim świecie sztuki, to już staje się kimś zupełnie innym.

Spotykamy się w Krakowie przy okazji otwarcia Twojej wystawy zatytułowanej „Nowa Huta kobietą” wnowohuckim klubie Kombinator. W prezentowanych tam pracach przewija się właściwie jeden temat: nowohucka kobieta. Skąd taki pomysł? Dlaczego właśnie kobieta z Nowej Huty jest dla Ciebie taka ważna?

Jacka Dargiewicza, który jest właścicielem Klubu Kombinator, znam już parę lat i miałam możliwość współpracy z nim w przeszłości. Od początku marzyłam o zorganizowaniu wystawy w tym miejscu, bo spędzałam tam dużo czasu ze znajomymi, a paru z nich nawet tam pracowało. Byłam zauroczona charakterem tego miejsca i faktem, że gdzieś pomiędzy blokami mogło powstać coś tak cudownego. Niestety wtedy jeszcze nie czułam się na siłach, by zaprezentować swoje prace.  Bałam się krytyki i czułam, że nie jestem wystarczająco dobra. Na początku 2018 rozmawiałam z Jackiem i poprosiłam go w końcu o możliwość zorganizowaniu wystawy w Kombinatorze. Bardzo chciałam być częścią kultury, w miejscy w którym się wychowywałam i jest mi bliskie. To on wpadł na pomysł, by zorganizować wystawę jako inaugurację do obchodów 70-lecia powstania Nowej Huty i od razu pomyślałam, że warto skupić się głównie na kobiecie.


Jestem kobietą i kocham rysować kobiety, więc wiedziałam, że będę czuć się dobrze w tym temacie. Zdaję sobie sprawę, że choć w dzisiejszych czasach łatwiej jest być kobietą, to jeszcze daleko nam do kompletnej wolności. Zdecydowałam, że to jest dobry moment, aby za pośrednictwem moich prac opowiedzieć o wolności kobiet. Jako kobiety czujemy niezwykłą presję, by dobrze wyglądać, a przecież wygląd nie pokazuje tego, co mamy w sobie. Dlatego tak bardzo inspirują mnie kobiety, które ciężko pracowały i budowały Nową Hutę w Krakowie i tworzyły jej społeczność. Zresztą jedną z nich była moja prababka.

Na początku chciałam pokazać głównie kobiety przy pracy i skupić się na znanych nowohuciankach, takich jak np. Marta Ingarden, która wraz z mężem zaprojektowała ten piękny układ urbanistyczny Nowej Huty oraz poszczególne budynki. Skontaktowałam się wtedy z Maciejem Miezianem - historykiem, który specjalizuje się w historii Nowej Huty i to on podsunął mi pomysł, by przedstawić kompletnie różne kobiety, które tworzyły tę dzielnicę, bo przecież cała Nowa Huta była zlepkiem różnorodnych kultur i tradycji. Mieszkańcy NH wywodzili się z różnych części Polski, a nawet krajów. Zrezygnowałam więc z gloryfikacji nazwisk oraz  postaci i postanowiłam, że skupię się na wyobrażeniu, jak mogłaby wyglądać Nowa Huta, gdyby była kobietą. Przeczytałam parę książek i obejrzałam film pt. „Zagubione uczucia” z 1957 roku, który zrobił na mnie ogromne wrażenie.

Przez całe życie, mieszkając w Hucie nie wiedziałam, że w ogóle powstał taki film. Zagłębiając się w historię powstawania tej dzielnicy okazało się, że jest wiele faktów, o których mało z nas wie, jak np. że w miejscu dzisiejszego Muzeum PRL był podobóz żydowski dla kobiet albo, że Cyganki stanowiły dużą część robotnic odpowiedzialnych za prace budowlane. Początkowo chciałam pokazać te społeczności, ale ostatecznie skupiłam się na Nowej Hucie jako kobiecie. Według mnie Nowa Huta to kobieta bardzo ciężko pracująca, przodowniczka pracy, wychowująca kilkoro dzieci, stojąca godzinami w kolejkach po chleb, protestująca pod pomnikiem Lenina - prawdziwa buntowniczka. Kobieta niezależna, która wie czego chce i walczy o lepsze jutro dla swoich dzieci. Chciałabym, by ta wystawa stała się pretekstem do rozmów i większej solidarności wśród kobiet. By zrozumiały, jak bardzo były ważne dla historii tej dzielnicy i miały świadomość, że bez nich nie byłoby tego miejsca. To także czas, by zaczęły myśleć także o sobie, a nie stawiały się na drugim, trzecim czy dziesiątym miejscu.

Life is art, czyli "Życie to sztuka" - to motto, które pojawia się na Twojej stronie. Co te słowa tak naprawdę dla Ciebie znaczą? Jak mamy je rozumieć? Żyjesz, jak paryscy awangardziści w XX wieku, prawdziwi ekscentrycy, którzy całymi nocami przesiadywali w zadymionych knajpkach, racząc się mocnymi trunkami i dyskutowali o sztuce? A może właśnie trochę przewrotnie, że życie wcale nie jest takie proste i przyjemne jak nam się wydaje?

„Życie to sztuka” to motto, które mi przypomina, że świat jest piękny, a nasze życie staje się lepsze, gdy odnajdziemy już to, w czym możemy się realizować. Dla mnie to sztuka. Swoje życie możemy sami kształtować, tak jak artysta maluje obraz. W sztuce nie ma ograniczeń, tak samo jak w życiu.
Samo poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, do czego zostaliśmy stworzeni jest ekscytujące. Mnie wiele rzeczy zachwyca. Osobiście jestem introwertyczką, która uwielbia sama zamykać się w pracowni na parę godzin i pracować nad swoim wnętrzem, ale mam też okresy, gdy baluję i chodzę co tydzień do galerii.


Pochodzisz z Krakowa, ale na co dzień żyjesz i tworzysz w Londynie. Lubisz to miasto?

Londyn to olbrzymie miasto i z pewnością nie każdy się w nim będzie dobrze czuć. Na początku byłam zachwycona mieszkaniem w Londynie, ale po pewnym czasie zaczęła mnie przytłaczać ta ogromna  ilość osób i bodźców, które mnie na co dzień otaczają. Choć już przyzwyczaiłam się do tego to wiem też, że kiedyś na pewno wrócę do domu, bo coraz bardziej tęsknie za rodziną. Pochodzę z Krakowa, gdzie jest wszędzie blisko i żyje się wolno. W Londynie wszyscy są zajęci i wręcz biegną, nie ma czasu na cotygodniowe spotkania ze znajomymi czy codzienne gotowanie w domu. Podróżowanie ściśniętym w metrze czy pociągu to standard, a przy tym ludzie są dość zamknięci. To miasto jest męczące, ale też pełne niespodzianek i cudownych wydarzeń. Kocham Londyn za możliwość rozwoju, poznawanie różnorodnych osób, tanie podróże za granicę i do domu. Kocham to miasto za tanie książki i antyki, pełno ciekawych wydarzeń, duży rynek pracy i kulturę pub’ową. Uwielbiam swoją pracę, a pracuję z fajnymi ludźmi, dzięki czemu czuję się doceniana i spełniona. W tym wielkim mieście nauczyłam się dystansu do siebie i świata, znalazłam tu swój balans i spokój. Bycie obcokrajowcem nie jest najłatwiejsze, ale to też motywacja by przeć do przodu i uczyć się nowych rzeczy. Bariery istnieją tylko w naszych głowach.

Pracujesz dla dwóch popularnych brytyjskich mediów. Czym różni się praca ilustratorki i projektantki w Wielkiej Brytanii od Polski?

W Polsce nie pracowałam w mojej branży zbyt długo, więc ciężko mi się porównać te dwa światy. Na pewno rynek pracy w Wielkiej Brytanii jest ogromny i w moim zawodzie jest mi o wiele łatwiej znaleźć interesującą pracę tu niż w Polsce. W tym momencie pracuję dla gazety The Sun i ciężko byłoby mi z niej zrezygnować, bo jest mi tu dobrze. Ilustracje dla Metro wykonuję w domu, w weekendy i wieczory pracuję nad swoimi indywidualnymi rzeczami. Różnica zarobków jest ogromna - także ze względu na walutę, ale sądzę, że jest adekwatna do życia w Londynie. Widzę, że Polski rynek też rośnie w siłę i wierzę, że kiedyś  w przyszłości tu wrócę i otworzę w Krakowie swoją własną działalność.


Często sięgasz po wyraziste, mocne kolory. W Twoich pracach można doszukać się sporo motywów humorystycznych i ironii. A z drugiej strony pojawiają się w nich tematy czy właściwie problemy bardzo poważne. Myślisz, że musimy mówić o tym, co w nas siedzi pół żartem pół serio, żeby ktokolwiek nas chciał wysłuchać?

Mam różne okresy, jak Picasso. Na studiach byłam skupiona na realizmie, chociaż cały czas miałam pociąg do abstrakcji i surrealizmu. Później rysowałam tylko czarno-białe portrety markerami i cienkopisami. Następnie przechodziłam przez erę koloru, nie mogłam się od nich odgonić, ale moje prace były dalej bardzo linearne. Po tym bawiłam się markerami i farbami. Niedawno znowu wróciłam do linearnych, geometrycznych kształtów, by po paru miesiącach uciec znów do koloru, ale już używając głównie komputera, a nie pisaków. Sztuka jest nieskończonym placem zabaw. Bawię się na nim już wiele lat i ciągle mi mało. Kiedyś były to proste rzeczy, teraz uważam, że mam już coś do przekazania i mogę też eksperymentować z tematem. Pracuję nad tym, by moje prace były bardziej konceptualne i pokazać to, co mi siedzi w głowie. Jestem osobą, która traktuje życie pół żartem, pół serio, więc możliwe, że jest to widoczne też w moich pracach J Lubię ironię. Jednocześnie, studiując psychologię zauważyłam, że jest wiele problemów w naszym społeczeństwie, o których trzeba mówić i z nimi walczyć, więc nad tym też powoli pracuję.


Żyjemy w rzeczywistości opanowanej przez social media i instagramowy kult piękna, doskonałości czy wspaniałego życia. Jak się w niej odnajdujesz? 

Dotyka mnie trochę to w jakich czasach żyjemy i jak szybko social media opanowują świat. Nie uważam, że idzie to wszystko w dobrą stronę, gdy wchodzę na Instagram, a tam połowa dziewczyn wygląda tak samo. Internet jest bardzo dobrym narzędziem i na pewno ułatwia nam wiele rzeczy, jednak jeśli chodzi o ciągłą gloryfikację wyglądu na Instagramie, to nie jestem tego zwolenniczką. Mam dni, gdy czuję, że ładnie wyglądam i strzelę sobie foteczkę, nie uważam to za nic złego. Lubię też oglądać buźki moich znajomych i pozytywnych ludzi. Podoba mi się, gdy inni ludzie motywują innych. Jednak, gdy ktoś się w tym zatraca i ta miłość do siebie zaczyna być głęboko narcystyczna to jest już bardzo niezdrowe i nie uważam kogoś takiego za wzór do naśladowania czy jakiś autorytet. Smutne jest też to, że dużo kobiet też zmienia swoje twarze, usta, ciało po to tylko, by wpasować się w określony kanon piękna i staje się przykładem dla nastoletnich dziewczyn, które dorastają w przekonaniu, że muszą właśnie tak wyglądać. Żyją tym, by znaleźć jak najlepszy kąt to zdjęcia. Przecież każda z nas jest piękna! Fajnie, gdy ktoś naprawdę ma pasję i robi coś dla siebie, trochę się tym chwali, bo wszyscy lubimy oglądać i interesować się tym, co robią inni ludzie - tym bardziej nasi znajomi. Fajnie, gdy ktoś pokazuje swoje normalne, codzienne życie, dzieli się ważnymi momentami w życiu, powiększeniem rodziny czy ślubem. Fajnie, gdy ktoś jest kreatywny i o tym opowiada w mediach społecznościowych. Fajnie, gdy ktoś jest ładny. Fajnie, gdy ktoś udostępnia zdjęcia z podróży. Nie jestem hejterem. 


Natomiast niefajne wydaje mi się, gdy żyjesz tylko w tym świecie, a nie w rzeczywistości. Granica pomiędzy światem realnym, a internetowym trochę się zaciera i mam nadzieję, że prędzej czy później coraz więcej ludzi sobie to uświadomi, a młode pokolenie nie będzie kierować się tylko wyglądem lecz głową. Osobiście, mogę powiedzieć, że był czas, gdy bardzo byłam uzależniona od social mediów i trochę mnie to dołowało, nie dawało spokoju. Na szczęście w porę się obudziłam i teraz jest on dla mnie doskonałym narzędziem, by promować swoją twórczość i zdrowo inspirować się życiem i twórczością innych.


Jesteś autorką ilustracji kobiety-kosmonautki, odkrywczyni, która stała się twarzą naszej akcji #KobiecyElement. Przedstawiamy w niej sylwetki kobiet, które inspirują innych, są bardzo różne, ale walczą i robią swoje. Myślisz, że takie inicjatywy są ważne, potrzebne?

Jak najbardziej! Gdy uczymy się historii, słyszymy głównie o osiągnięciach mężczyzn, często też to właśnie mężczyźni są na wysokich stanowiskach, blokując drogę zawodowego rozwoju kobietom. Byłyśmy utwierdzane w przekonaniu, że kobiety mają być  kulturalne i piękne, rodzić dzieci i słuchać mężczyzn, a troszczyć się przede wszystkim o innych, nie o siebie. Pierwszy człowiek w kosmosie był mężczyzną. Najbardziej wpływowi politycy byli mężczyznami. Większość monarchów panujących było królami. Naukowcy, odkrywcy, papieże = mężczyźni. Powoli, powoli zaczęło się to zmieniać, ale myślę, że trochę to potrwa. Uważam, że warto walczyć o kobiety i widzę, że stajemy się coraz odważniejsze i mocniejsze. Buntujemy się, chcemy pokazać, że też potrafimy ciężko pracować i być ambitne. Wychodzimy na ulicę, gdy ktoś mówi nam, że ma prawo decydować o naszym własnym ciele. Bardzo bym chciała, by kobiety mimo swojego piękna, nie były postrzegane głównie jako obiekt seksualny, materiał do reprodukcji. Przecież my jesteśmy naprawdę silne! Natura stworzyła nas by być silnymi, a sam poród to nie błahostka. Znam wiele kobiet, które mają tysiąc rzeczy do ogarnięcia i radzą sobie świetnie. Akcja inspirowania kobiet jest bardzo potrzebna i zdecydowanie powinno być ich więcej. Kosmonautka jest idealną metaforą tego, do czego dążymy my współczesne kobiety. Idźmy z duchem czasu i otwórzmy się na nową epokę, w której wszyscy będziemy równi.


Czy współcześnie coraz więcej kobiet już się stało takimi dziewczynami z kosmosu?

Tak! Walczymy o swoje prawa i pięknie się to ogląda. Coraz więcej kobiet zabiera głos i walczy o lepsze jutro. Może kiedyś nawet ta „baba za kółkiem” stanie się po prostu kobietą prowadzącą samochód.


Ostatnio zaangażowałaś się w projekt „Na Szpilkach”, który współtworzysz z paroma dziewczynami. Opowiedz nam o nim więcej.

W ubiegłym roku zaczęłam studiować psychologię razem z cudownymi pięcioma kobietkami. Większość z nas mieszka za granicą, spotykamy się na studenckich zjazdach. Dobrałyśmy się w grupę na kursie „Metody radzenia sobie ze stresem”. Dostałyśmy za zadanie, by stworzyć projekt powiązany z tematem przedmiotu. Jedna z nas wyszła z tematem zakrzywiania obrazu kobiet w mediach społecznościach i wszystkie stwierdziłyśmy, że ten problem jest nas dotyczy i trzeba z tym walczyć. „Na Szpilkach” to strona, na łamach której dzielimy się swoimi doświadczeniami, udostępniamy ciekawe artykuły i pokazujemy, że nie jest warto gonić za wyidealizowanym obrazem siebie, warto być sobą na 100%. To media generują stres i kompleksy. Zacytuję główną ideę, którą się kierujemy tworząc ten projekt: „moje piękno jest w uśmiechu i łzach. W moim zmęczeniu i energii którą czerpię z pasji, rodziny i przyjaciół. Uczę się akceptować własne słabości i cieszyć się małymi rzeczami, którymi przepełniona jest moja codzienność”. Dorastamy z kompleksami nie dlatego, że nie jesteśmy idealne. To ktoś wymyślił dla nas kanon do którego mamy się przystosowywać. Nie musimy być idealne, mamy prawo być kim chcemy. Mam nadzieję, że nasz projekt pomoże chociaż paru kobietom i nie skończy się tylko na zaliczeniu przedmiotu. Cieszę się, że spotkałam dziewczyny, które widzą to co ja. Chcemy by każda kobieta wiedziała, że razem możemy stworzyć lepszą przyszłość i nie chodzić jak „na szpilkach” z ciągłą troską o swój wygląd.



To już taka nasza mała tradycja, ale ostatnie pytanie zawsze dotyczy ulubionego triku pielęgnacyjnego. Masz jakiś swój sposób prywatny kosme-trik?

Ostatnio mam fioła na punkcie naturalnych kosmetyków i taką nowością, którą używam i z której jestem zadowolona, to olejek z planktonu konika morskiego. Doskonale nawilża, i stosuję go zarówno do spania jak i przed makijażem.

Dziękujemy za rozmowę!



listopada 22, 2018

Miejsce mody jest blisko ludzi. Rozmowa z Olą Stodółką

Miejsce mody jest blisko ludzi. Rozmowa z Olą Stodółką

Moda użytkowa, ta najbliższa ciału i duszy, która towarzyszy nam każdego dnia, ma w sobie dużą siłę oddziaływania. Projektanci potrafią wykorzystać jej potencjał, aby wyrazić własną wizję i przekonania, a także p
oruszyć ważne kwestie społeczne.

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Olą Stodółką – projektantką i właścicielką własnej marki odzieżowej UADO – która opowiada o specyfice swojej pracy, spojrzeniu na kobiecość, potrzebie siostrzeństwa oraz modowym aktywizmie. A także o tym, jaką siłę dają nam ubrania i co dzięki nim możemy manifestować.



Jak wykształcenie w kierunku technologii odzieży oraz kilkuletnia praca na tym stanowisku wpłynęły na późniejsze projektowanie dla Twoich autorskich marek?

Myślę, że sama do końca nie jestem świadoma, jak bardzo nasiąknęłam wiedzą, pracując w ogromnej firmie odzieżowej. Nie mam na myśli tylko wiedzy czysto projektowej, ale przede wszystkim świadomości tego, jak działa proces produkcji odzieży na światową skalę: od monitorowania trendów, przez współpracę z dostawcami w Azji, pracę z celebrytami, konstrukcję kolekcji, analizę sprzedaży, po zatowarowanie sieci sklepów i bezpośredni kontakt z klientkami. Takiego doświadczenia nie zdobędzie się na studiach, a jest mocną podporą przy budowaniu własnej marki od podstaw.

Natomiast bycie projektantem-technologiem daje mi komfort bycia kompetentną. Jestem uważna na błędy i wiem, gdzie ich szukać. Przy odbiorach towaru zwracam uwagę na rzeczy, o których nie każdy projektant myśli. Mocno pilnuję jakości i zdarza mi się zwracać odszycia do poprawy.



Jakie jest Twoje podejście do mody? Powinna być użytkowa i funkcjonalna, czy może dryfować w stronę – niekoniecznie wygodnej – abstrakcji?

Fajnie się ogląda wystudiowane rzeźbiarskie formy na pokazach haute couture, ale dla mnie miejsce mody jest blisko ludzi. To na ulicy moda żyje, pulsuje i tworzy trendy. Niekoniecznie na fashion week’ach.

Słucham klientów i wiem, że dla nich najbardziej liczy się wygoda i funkcjonalność. Nie kupisz koszuli, w której co prawda zakochałaś się od pierwszego wejrzenia, ale po pierwszym ubraniu w przymierzalni okazało się, że nie da się jej nosić. A jeśli kupisz na siłę i tak założysz ją najwyżej raz.
Co nie znaczy, że mamy mieć w szafach tylko utylitarne ubrania. Bo to pytanie jest też trochę o wyrażaniu indywidualizmu. Tolerancja na szaleństwa, również modowe, to kwestia osobnicza. Nie mniej nawet bardzo konwencjonalna osoba powinna mieć w szafie kilka zaskakujących asów w rękawie.



Gdzie szukasz natchnienia, co Cię fascynuje i stanowi źródło inspiracji dla nowych projektów?

Z weną chyba każdy ma trochę inaczej. Na jednych spływa podczas pracy, w trakcie kontaktu z tkaniną, na innych wprost przeciwnie, gdy umysł odpoczywa np. pod prysznicem. Dla mnie najbardziej wenogenne są dwa stany: kontakt ze sztuką oraz dalekie podróże. Bardzo konkretne wizje projektów lubią przychodzić w ciszy, kiedy stykam się z dziełem podczas wystaw sztuki. Stan odpływania i napawania się dźwiękami muzyki na koncertach również mocno sprzyja pojawianiu się pomysłów. Podróże bodźcują mnie jeszcze inaczej. Wejście w obcy krąg kulturowy w Afryce czy Azji bywa przyjemnym i inspirującym szokiem estetycznym. Za każdym zakrętem czekają nowe kolory, kształty i wrażenia do odkrycia.




Moda zdecydowanie lubi zaskakiwać – na potrzeby Glass Festival w Krośnie stworzyłaś oryginalną kolekcję zainspirowaną strukturą i plastycznymi właściwościami… szkła. Opowiedz coś więcej o tym interesującym koncepcie.

Zawsze z dumą podkreślam swoje podkarpackie korzenie, więc kiedy dostałam propozycję zaprojektowania kolekcji na Glass Festival w Krośnie, czułam mieszankę ekscytacji i tremy. Przy tym projekcie dostałam totalnie wolną rękę, więc frajda z tworzenia była ogromna. Projektowanie kolekcji zaczęłam od końca – najpierw skupiłam się na detalach, które chciałam zrobić z kolorowego szkła: aplikacjach dopinanych do ubrań, elementach konstrukcyjnych typu kieszonki, klapy i pagony, czy akcesoriach w postaci torebek oraz nakryć głowy. Tekstylia miały być tłem dla szkła, jak solidna rama dla obrazu. Dlatego zaprojektowałam bardzo neutralne fasony ubrań w spokojnych odcieniach beżu.
Przy realizacji szkła współpracowałam z kameralną manufakturą – Villa Glass Studio w Krośnie. Dla obu stron było to nowe doświadczenie. Technolodzy szkła często pracują na typowo użytkowych formach stołowych, więc przy moich projektach mogli bardziej kreatywnie podejść do surowca. Okazało się np. że technikę produkcji wazonu można z powodzeniem zastosować do zrobienia damskiej torebki. Myślę, że ten projekt nas wszystkich dużo nauczył.


A czy sama nosisz ubrania, które projektujesz np. torebki za szkła?
Tak, zawsze odszywam prototypy na siebie. Potem robię testy, żeby sprawdzić, jak dany fason oraz materiał zachowują się w trakcie użytkowania. Nie wszystko da się przewidzieć, ale dzięki testom wielu problemów można uniknąć, zanim projekt trafi do produkcji i szaf klientów.  
Lubię małe modowe szaleństwa, więc szklana torebka w kształcie guzika też nie leży cały czas w szafie. Zabieram ją w charakterze kopertówki na pokazy i inne modowe wydarzenia. Jest piękna, a przy tym całkiem praktyczna – lekka i trwała jak na kawał różowego szkła. Efekt wow gwarantowany, bo nie da się przejść obok niej obojętnie J

Pod szyldem marki UADO tworzysz ubrania z dwóch różnych bajek – pierwsza  z nich to eleganckie i subtelne kreacje, którym bliżej do świata high fashion, natomiast druga to casualowe propozycje osadzone w ruchu body positive, eco i slow fashion. Do tego z zacięciem feministycznym.

To rzeczywiście dwie różne linie, nie mniej zgodnie funkcjonują obok siebie. Posiadanie prostej, atrakcyjnej cenowo linii basic i bardziej wyrafinowanej linii ekskluzywnej to częsty model w budowaniu struktury marki. Moim celem jest między innymi oswojenie klientów z marką i zdobycie ich zaufania poprzez linię basic, po to, aby potem móc zaproponować im coś odważniejszego i bardziej wyrafinowanego. Mam ambicję, żeby klienci marki UADO nie tylko kupowali ubrania, ale też rozwijali się modowo i świadomie budowali swój styl.



Razem z krakowską tatuatorką Justyną Plec stworzyłaś serię koszulek z feministycznym przekazem, które poruszają tematykę siostrzeństwa, solidarności oraz wyrażają potrzebę nowej jakości w damskich relacjach. To bardzo aktualny temat – czy Twoje prywatne poglądy są temu bliskie?

Moje poglądy są jak najbardziej zbieżne, dlatego nie było dla mnie obojętne, kto stworzy grafiki do femi-shirtów UADO. Kilka miesięcy szukałam odpowiedniej ilustratorki – zdolnej, dziewczyny, świadomie i odważnie kreującej rzeczywistość wokół siebie, najlepiej odcinającej się od komercji, takiej z nurtu alternatywnego. Justynę Plec poleciła mi znajoma stylistka i to był strzał w dziesiątkę. Justyna jest mega utalentowaną tatuatorką, robiącą minimalistyczne, a przy tym bardzo dziewczyńskie dziary. Do tego prawdziwą feministką, aktywnie wspierającą prawa kobiet. A przy tym jak ja weganką i ekolożką. Stworzyła piękne grafiki do pierwszych dwóch femi-shirtów „Siostrzeństwo” oraz „Myślę Czuję Decyduję”.



Natomiast temat kobiecych relacji to rzeka. Kobiety często nie pozwalają sobie na wolność bycia sobą, bo mają ku temu powody. Żeby mogły bezpiecznie funkcjonować i pokazywać się takimi, jakie są, muszą zmienić świat. Ponieważ to nie jest dzisiaj bezpieczne miejsce na widzenie kobiety jako wolnej, ekspresyjnej istoty. Do tego nasz umysł zakłada nam blokady na ekspresję kobiecości w postaci przekonań kulturowych. Warto je tropić, być świadomą i uważną na przekonania, które mamy wobec siebie i wobec innych kobiet. Nie jest łatwo, bo rywalizacja między kobietami jest oparta o przetrwanie, uwarunkowana kulturowo i będzie trwać jeszcze długo. Potrzebna jest kulturowa zmiana na szeroką skalę, poprzez stworzenie nowego środowiska wśród kobiet. Mamy się wspierać i dawać przyzwolenie na to, żeby każda z nas miała prawo do udanego życia. I o tym dla mnie jest siostrzeństwo. Dlatego wspieram i współtworzę kręgi kobiet, które funkcjonują na żywo oraz online. 



Nie od dziś wiadomo, że moda ma ogromną moc – jej domeną są nie tylko walory estetyczne, lecz również siła manifestacyjna. Koszulki z serii „Femi-shirt” wyrażają afirmację kobiecości, co doskonale wpisuje się w trend girl power. Identyfikujesz się z nim?

Identyfikuję się z każdym mądrym działaniem, które wzmacnia kobiety. Unikam ekstremów i radykalizmu, bo takie postawy nie są dla mnie konstruktywne. Dlatego rodzina femi-shirtów stale się powiększa, a poszczególne koszulki reprezentują różne nurty feminizmu: nie tylko bojowe girl power, ale też ciałopozytywność (body positive), budowanie więzi siostrzeństwa (sisterhood),  czy ogólne wspieranie się kobiet (women empowerment).



Moda jest jednym z najsilniej oddziałujących na masy zjawisk społecznych. Trzeba wykorzystać ten potencjał. Dlatego nie interesuje mnie tylko robienie ładnych ubrań, ale bycie modową aktywistką. Naprawdę wierzę, że moda jako nośnik treści może realnie zmieniać świat na lepsze. 



Jak sama podkreślasz, jesteś fanką zmysłowej, subtelnej i nienachalnej kobiecości – taki jest styl, który promujesz. Jak to przejawia się w Twojej codziennej pielęgnacji?

To przejawia się w każdym aspekcie: w gestach, w tembrze głosu, w sposobie, jaki układam włosy. Staram się wybierać organiczne kosmetyki o jak najbardziej naturalnym składzie. Lubię roślinne oleje w roli balsamów oraz olejki eteryczne. Mój codzienny makijaż jest oszczędny. Zależy mi na jak najbardziej naturalnym efekcie, taki make up – no make up. Praktycznie nie stosuję podkładów, za to lubię wszelkie rozświetlacze, dzięki którym cera jest promienna i świeża. Delikatnie podkreślam oczy pastelami, maluję rzęsy i tyle. Mam też swój mocny makijażowy znak rozpoznawczy, który stosuję na wieczorne wyjścia – brwi ozdobione kolorowym brokatem.

Na koniec zdradź nam swój trik kosmetyczny, bez którego nie wyobrażasz sobie codziennej rutyny pielęgnacyjnej.

Mam taki przyjemny rytuał przed zasypianiem: serum z olejkami eterycznymi wmasowuję w twarz, szczególnie w skronie, zatoki, przestrzeń między brwiami, linię szczęki. Wszędzie tam, gdzie gromadzą się napięcia. Relaks i spokojny sen gwarantowane. A rytuały polecam wszystkim dziewczynom.

Przydatne linki: UADO by Ola Stodółka na FB // IG: @UADO // www: www.uado.pl

października 15, 2018

Odczarować macierzyństwo, czyli nieperfekcyjna Super Mama Wywiad z Marią Tymańską

Odczarować macierzyństwo, czyli nieperfekcyjna Super Mama Wywiad z Marią Tymańską
     Kobiety to istoty stworzone do zadań specjalnych – szczególnie dobrze wiedzą o tym mamy, które każdego dnia odkrywają w sobie kolejne super moce. Łączenie macierzyństwa, domowych obowiązków i osobistych pasji to prawdziwa sztuka logistyki, którą niejedna z nich opanowała do perfekcji. Chociaż to nie znaczy, że każda z nich powinna być perfekcyjną mamą. Ponieważ ideały istnieją, ale tylko w naszej wyobraźni.

     Maria to kobieta-rakieta do zadań specjalnych, która brawurowo łączy pracę jako DJ z byciem social media ninją, pisaniem i wydawaniem książki, prowadzeniem szkoły języka angielskiego dla dzieci oraz – a raczej przede wszystkim – opieką nad dwójką wesołych maluchów. Chcecie poznać przepis na sprawny multitasking według Marii?








    Jesteś mamą Teo i Luny, właścicielką szkoły angielskiego dla dzieci, wydałaś książkę, prowadzisz bloga i profile w mediach społecznościowych o tematyce parentingowej, wspólnie z mężem Tymonem Tymańskim wytwórnię płytową, a także pracujesz jako DJka… Wow, nie wiemy od czego zacząć! Czy istnieje jakiś złoty przepis (lub zaklęcie), aby połączyć te wszystkie obowiązki i nie zwariować?

      Złoty przepis to robić to, co się kocha ;) Każda z moich prac jest jak dziecko – choć może czasem się wściekam i mam dość, to nie mogłabym z żadnej zrezygnować. Każda daje mi satysfakcję na innym obszarze i w inny sposób, każda sprawia, że jestem tym, kim jestem. DJ-ingiem zaczęłam się zajmować, gdy miałam 16 lat i od zawsze traktuję to jako swoją pasję, która przypadkiem zaczęła przynosić też dochody. Nie jestem profesjonalną DJ-ką, która godziny spędza na szlifowaniu umiejętności turntablistycznych, ale gdy jestem w klubie oddaję temu całe serce (i ciało, bo gdy gram tańczę jak szalona :D), co powoduje, że ludzie po prostu to kupują – chcą bawić się razem ze mną.



   Potem wracam do domu, odsypiam kilka godzin i wstaję rano, żeby być mamą. Taką zwykłą, prawdziwą mamą, która czasem organizuje dzień pełen atrakcji, a czasem zalega na kanapie włączając pełnometrażówkę Disneya. To dlatego zaczęłam o swoim macierzyństwie pisać – żeby je trochę odczarować. Pokazać, że nasze brudne kuchnie i brudne dzieci są obecne w większości normalnych domów, że matka ma prawo iść na imprezę i tańczyć do 6 rano bez poczucia winy za niechęć do smażenia rano naleśników z bio gryki. Na to wszystko nałożyła się jeszcze ta najważniejsza obecnie praca – moje wykochane dziecko, czyli szkoła języka angielskiego Helen Doron. Gdy Teo i Luna byli już na świecie przyszła pora zmierzyć się z realiami, tzn. tym, że przyjdzie czas, gdy będę musiała do jakiejś pracy wrócić. Wiedziałam, że skończyłam na dobre z reklamą i social mediami, z którymi związana byłam w swoich singielskich, bezdzietnych czasach. Ścieżka edukacyjna okazała się być strzałem w dziesiątkę, zresztą kilka lat wcześniej skończyłam na Uniwersytecie Warszawskim studia nauczycielskie na filologii angielskiej i chyba gdzieś w głębi duszy od zawsze czułam, że moim przeznaczeniem jest właśnie nauczanie. I tak sobie od tego czasu łączę każdą z prac, poświęcając więcej energii to na jedną, to na drugą. Jakimś cudem to wszystko gra, choć nieraz znajomi pytają, czy przypadkiem nie mam czasowstrzymywacza takiego, jak Hermiona Granger w trzeciej części „Harry'ego Pottera” ;)



   W swojej książce „#MAMA. NIEPERFEKCYJNY NIEPORADNIK” radzisz jak w myśl rodzicielstwa bliskości pokonywać codzienne trudności, z którymi muszą zmagać się mamy. Czy czasami sama do niej zaglądasz?  

     Szczerze mówiąc w 1,5 roku po ukończeniu prac nad swoją książką, muszę się przyznać do tego, że nie wszystkie zawarte w niej porady i metody wychowawcze się sprawdzają. Nadal jestem fanką rodzicielstwa bliskości i porozumienia bez przemocy, coraz częściej jednak widzę, że wielu dzieciom potrzebne są jasne i niezmienne zasady, dzięki którym czują się bezpiecznie. Życie po raz kolejny pokazało mi, że żadne ekstremum nie jest słuszne, a prawda, nie powinno być w tym żadnego zaskoczenia, znajduję się gdzieś pośrodku. Gdybym, mając obecną wiedzę, teraz miała przejść ścieżkę rodzicielską jeszcze raz, zdecydowanie więcej wymagałabym od dzieci i zdecydowanie bardziej konsekwentna wobec nich bym była. Jednak, jak to zwykle w życiu bywa, przychodzi mi teraz zmierzyć się z efektami własnych wyborów ;) Gdy mój pięciolatek żywo dyskutuje ze mną przez 45 minut na temat tego, dlaczego on nie ma potrzeby sprzątania swoich brudnych skarpet i klocków lego rozsypanych po salonie, wszelkie mądre tezy z książek i artykułów pro-nvc odbijają mi się czkawką ;)


   To ważne, aby mama miała swoją własna przestrzeń, na której się realizuje – w Twoim przypadku to praca jako DJ. Co realizacja na gruncie innym niż macierzyństwo wnosi do Twojego życia?

     Dla mnie oczywiście jest to ważne, ale znam też sporo matek, dla których podstawową i największą realizacją jest właśnie wychowywanie dzieci, czy prowadzenie domu. I to też jest OK! Po raz kolejny wracamy do tematu równowagi i złotego środka. Nie możemy zakładać, że nasze podejście jest jedynym dopuszczalnym i słusznym. Ja istotnie znajduję niezbędny oddech w spędzaniu czasu na realizacji siebie i swoich pasji – może to być DJ-ing, może być wyjazd z przyjaciółmi na festiwal techno, może być spacer po lesie z psem. Wiem jednak, że nie ma nic niewłaściwego w byciu matką, która przez cały tydzień najbardziej czeka na to, żeby w weekend zabrać swoje dzieci do kina ;)




    Ja, jedynaczka, od dziecka byłam osobą, która ogrom czasu spędzała w samotności. Po krótkim okresie koło 20 urodzin, kiedy musiałam sobie wszystko w głowie przewartościować i na nowo nauczyć się lubić ten czas ze sobą, doszłam do etapu, w którym nie jestem w stanie normalnie funkcjonować, jeśli raz na jakiś czas nie odetnę się od otoczenia. Nie tylko praca czy pasja są moim wentylem bezpieczeństwa, ale także rytuał kąpieli, czytanie książek, oglądanie seriali czy rozmowa z przyjaciółką przez telefon o północy.




   Choć w Polsce coraz więcej kobiet staje za DJską konsoletą, to wciąż dla wielu jest to zaskakujący widok. Ze sceną klubową i muzyką jesteś związana od wielu lat – m.in. innymi współtworząc pierwszy kobiecy sound system – Jah Dollz – grający szeroko pojętą muzykę jamajską. Opowiedz nam o swoich początkach.

      O początkach uwielbiam opowiadać, bo z perspektywy czasu widzę jakie były rozkosznie nieporadne. Miałam 15 lat kiedy razem z mamą poszłam na imprezę Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, organizowaną w warszawskim klubie Punkt. Pamiętam, że tam zobaczyłam DJ-a z dreadami do pasa, który grał reggae. Stałam jak wryta chyba z godzinę, nie mogąc oderwać od niego oczu. Poza faktem, że jako piętnastoletni podlotek zakochałam się bez pamięci, postanowiłam przede wszystkim, że choćby nie wiem co, ja też będę tak grać. Potem stopniowo rozpoczęłam realizację tej pasji – zaczęło się od zakupu na allegro miksera Gemini Technomaster za 50 zł, co wtedy było dla mnie absolutnie niewyobrażalną kwotą. Do miksera podpinałam dwa discmany, za wzmacniacz służyła wieża domowa moich rodziców. Wszystkie oszczędności przepuszczałam na skrupulatnie wybierane płyty w stylu „The Best of Reggae” z Empiku. Nie jestem w stanie nawet zliczyć, ile godzin musiałam spędzić w tych śmiesznych budkach, w których można było odsłuchiwać utwory ze wszystkich albumów dostępnych w sklepie, w końcu każdy krążek był tak drogi, że musiałam mieć pewność, że każdy numer na nim jest świetny. I tak to się zaczęło – na początku zajmowałam się właśnie puszczaniem muzyki... ale po jakimś czasie, z nieznanych mi do końca przyczyn (bo śpiewać nie umiem kompletnie) dołączyłam do mojej przyjaciółki z liceum Ani, i razem postanowiłyśmy stworzyć w pełni damski sound system. Za konsoletą stanęły nasze dwie znajome z warszawskiego światka reggae, my zaś złapałyśmy za mikrofony. Pamiętam naszą ekscytację, kiedy dostałyśmy pierwsze zaproszenia na największe festiwale muzyki jamajskiej w Polsce i do kultowych klubów. Dla 17-18 latki to było ogromne przeżycie! 



    Wracając do macierzyństwa - czy nie uważasz, że na mamy nałożona jest pewnego rodzaju presja, że poza domem i dziećmi powinny realizować się w etatowej pracy, robić karierę i to najlepiej z uśmiechem na ustach?

    W ogóle nie. Skąd taki pomysł? Mam wręcz wrażenie, że obecnie panuje gigantyczna presja na robienie czegoś super, czegoś niestandardowego, najlepiej wyłącznie na własny rachunek, tak jakby praca w korporacji była swego rodzaju upadkiem i upokorzeniem. Obecnie młodzi ludzie przesiadują w knajpkach i na MacBookach realizują „projekty” – koniecznie ambitne, koniecznie z modnymi influencerami, takie którymi można się pochwalić na Facebooku i Instagramie. Jeśli siedzisz w biurze 8 etatowych godzin – jesteś nudnym, szarym zjadaczem chleba. Tymczasem ja uważam, że wszystko co robisz jest super, o ile robisz to dobrze i wkładasz w to serce. Jeśli ktoś kocha pracę w korpo, to niech pracuje w korpo. Jeśli ktoś kocha być freelancerem, niech będzie freelancerem. Jeśli ktoś zawodowo skleja modele samolotów, niech skleja modele samolotów :)

      Kim według Ciebie jest SUPER MAMA?

     Każda mama jest super mamą dla swojego dziecka. Nawet jeśli popełniła masę błędów, nawet jeśli zdarza jej się krzyczeć, nawet jeśli podaje czekoladę i włącza telewizję. Nawet jeśli pracuje w korporacji, albo nie pracuje wcale i w wolnych chwilach klei pierogi. Ważne, że to ona głaszcze do snu, całuje każde „ała” i nakleja na nie plaster z rysunkami. To ona tuli, opowiada bajki i zabiera do McDonalda. Proste ;)


      Jaki jest Twój ulubiony sposób, aby odetchnąć od trudów bycia rodzicem?

    Już o tym wspominałam – impreza, wyjazd z przyjaciółmi, retrit buddyjski, spacer z psem, kąpiel, ulubiony serial, tabliczka czekolady wsunięta pod osłoną nocy w ukryciu przed dziećmi. Sposobów mam milion i korzystam z nich naprzemiennie, w zależności od okoliczności ;)




      Prowadzisz szkołę języka angielskiego dla dzieci, uczysz w niej również swoje maluchy. W wielu wywiadach podkreślasz, jakie to ważne. Dlaczego?

     Język angielski to przyszłość. Choć nasz prezydent twierdzi, że Unia Europejska to wyimaginowana wspólnota, ja widzę, że dzięki niej podróże na studiach czy za pracą, stały się absolutnym standardem. Młodzi ludzie mogą teraz swobodnie brać udział w programach typu Erasmus, albo w wakacje dorabiać w beach barach na hiszpańskich plażach. Angielski ułatwia im start w tym multikulturowym, pięknym świecie, gdzie mogą swobodnie poznawać przyjaciół wszystkich nacji, bo to dzięki angielskiemu dogadają się praktycznie w każdym miejscu na świecie. Bez niego zaś są niczym inwalidzi. I oczywiście, języka można nauczyć się zawsze, nawet mając 90 lat. Nie jest jednak tajemnicą, że dzieciom nauka ta wchodzi zdecydowanie prościej, co więcej, zaczynając w młodym wieku, mają szanse nabyć piękny akcent. Często słyszę zarzuty, że uczenie dwulatka to okrucieństwo, że w ten sposób zabieram mu dzieciństwo. No to ja zapraszam na lekcję próbną do mojej szkoły – niech każdy niedowiarek zobaczy te maluchy, gdy kleją z masy solnej, puszczają bańki, tańczą i huśtają się na hamaku uśmiechnięte od ucha do ucha. Doprawdy, istna to męczarnia ;)

    Wiemy, że zrezygnowałaś z makijażu na co dzień i bardzo dobrze – również wierzymy, ze to nowy trend, który stoi w opozycji do doskonale wykonturowanych, ale nienaturalnych twarzy. Skóra, która nie jest obciążana codzienną porcją kolorowych kosmetyków, odwdzięcza się zdrowym wyglądem. Jakie skutki redukcji makijażu zauważyłaś na swojej twarzy?
     
Aby była jasność – zrezygnowałam z makijażu na co dzień, ale na imprezy czy inne, większe wyjścia nadal go robię. I tu, faktycznie, za każdym razem po takiej tapecie, widzę ogromną różnicę w wyglądzie skóry. Trudno się zresztą dziwić, wystarczy sobie wyobrazić, co musi się dziać pod podkładem i pudrem, gdy twarz się spoci. Rano całe czoło mam w wypryskach i dopiero kilka myć dobrym peelingiem i kremy nawilżające, sprawiają, że cera wraca do pierwotnego stanu. Poza tym, kocham to uczucie wolności, które daje mi brak przymusu codziennego poświęcania czasu na malowanie. Tym bardziej, że nigdy nie byłam specjalnie utalentowana plastycznie i dobry makijaż zajmuje mi koszmarnie dużo czasu :D

   Mniej makijażu, więcej pielęgnacji – co robisz, aby Twoja skóra zachowała blask przy wszystkich nieprzespanych nocach i obowiązkach super mamy?
     
Podstawą jest codzienne mycie buzi i dobry krem na noc. Nie ma nic gorszego niż zaparzenie cery na poduszce pod tłustym i ciężkim podkładem. Ponadto staram się używać dobrych, eko-kosmetyków, które nie straszą całą tablicą Mendelejewa w składzie.



    Udało się nam dowiedzieć, że w wolnych chwilach uwielbiasz rytuały kąpielowe w domowej łazience – opowiedz, co robisz wtedy dla swojej duszy i ciała.

T  Tak, moja kąpiel to moja świętość. Nawet Tymon wie, że wtedy nie należy mi w żaden sposób przeszkadzać :D Rytuał zaczynam od dodania do wody cudownego, granatowego olejku do kąpieli z patchouli i drzewem sandałowym. Obowiązkowo mojemu wymoczeniu towarzyszyć musi serial, odpalony na postawionym w oddali laptopie, bez tego relaks jest jakiś niepełny :D Potem oczywiście szorowanie całego ciała i włosów, maski i inne cuda. Na koniec suszenie i układanie włosów i viola, jestem gotowa żeby wskoczyć pod pierzynę ;)

Przydatne linki: Maria Bros - blog / IG: @@mariabros / Maria na Facebooku