czerwca 06, 2019

Odkryć kobiecość na nowo. Rozmowa z Martą Szklarczuk

Odkryć kobiecość na nowo. Rozmowa z Martą Szklarczuk

Prawo, psychologia i dziennikarstwo – co powstanie z tak wybuchowej mieszanki? Czego spodziewać się po pracy w NGO? W jaki sposób odkryć kobiecość na nowo? Jak wygląda zwykło-niezwykły dzień aktywnej kobiety? Odpowiedzi na te i inne pytania znajdziecie w rozmowie z kolejną bohaterka akcji #KobiecyElement – Martą Szklarczuk.

Marta Szklarczuk - Dyrektor Biura Fundacji Rak'n'Roll - w zajmujący sposób opowiada o swoich zawodowych i prywatnych doświadczeniach.

Zapraszamy do przeczytania wywiadu :)




Kobiecy Element: Z wykształcenia jesteś prawniczką, psycholożką i dziennikarką. Przyznasz, że to dość nietypowe połączenie: z jednej strony mamy dokumenty i paragrafy, a z drugiej pracę na emocjach. Przybliżysz nam swoją zawodową drogę? :-)

            Na tej ścieżce było dużo konarów, które powodowały, że musiałam skręcać ;) A tak na poważnie: prawda jest taka, że po prostu zmieniała mi się wizja tego, co chcę robić w życiu. Jako nastolatka wyobrażałam sobie siebie jako Monikę Olejnik, biegającą w szpilkach, z mikrofonem w ręku po sejmowych korytarzach. Jednak studia dziennikarskie szybko ostudziły mój entuzjazm i zweryfikowały myślenie na temat tego zawodu.
            Później zdecydowałam, że będę pracowała w dziale HR jakiejś dużej korporacji, dlatego wybrałam psychologię, ale jeszcze zanim ją skończyłam, wiedziałam, że chcę zostać terapeutą. Natomiast życie zweryfikowało i te moje plany, rzucając mnie na głęboką wodę NGO (organizacji pozarządowych – przyp. redakcji).       
            Ostatecznie od 6 lat pracuję jako dyrektor biura w Fundacji Rak’n’Roll, co wiąże się z wieloma wyzwaniami. Koordynuję jeden z projektów („iPoRaku”), dbam o sprawy administracyjne i formalno-prawne, zastępuję koleżankę, która zajmowała się perukami i warsztatami. To wszystko spowodowało, że zapragnęłam poszerzyć swoją wiedzę o tą z zakresu prawa, bo niezwykle ułatwi mi to codzienną pracę.
            Na pierwszy rzut oka dziennikarstwo i komunikacja społeczna, psychologia oraz prawo nie mają ze sobą wiele wspólnego. W praktyce jednak wszystkie te kierunki uzupełniają się i przenikają, tworząc wspólnie całkiem sprawczą mieszankę.


Przez pewien czas byłaś też dyrektorem w Fundacji Szansa dla Niewidomych. Duże wrażenie zrobiła na nas idea tzw. tyflopunktów, wyposażonych w przyjazne dla niewidomych urządzenia codziennego użytku. Opowiesz nam o tym coś więcej?

            Od pracy w Fundacji Szansa dla Niewidomych właściwie zaczęła się moja przygoda z NGO, choć trafiłam tam zupełnym przypadkiem. Mimo, że nie jest to organizacja bardzo medialna, to działa już od przeszło 20 lat, ma swoje oddziały w każdym mieście wojewódzkim i robi dużo na rzecz osób niewidomych. Niezwykle miło wspominam swoją pracę tam i jestem niesamowicie wdzięczna za szansę, którą wtedy otrzymałam, ponieważ myślę, że w żadnym innym miejscu nie nauczyłabym się tak dużo. Nie miałabym też tak dużej odpowiedzialności w wieku 25 lat np. w postaci zarządzania ponad 30-osobowym zespołem.

            Społeczny Prezes Fundacji – Marek Kalbarczyk - sam jest osobą niewidomą, dlatego doskonale zdaje sobie sprawę z tego, co jest niezbędne do samodzielnego funkcjonowania osobom z tym rodzajem niepełnosprawności. Jednocześnie historia jego życia jest najlepszym dowodem na to, że niewidomy nie musi być osobą wykluczoną społecznie. Nowoczesny sprzęt tyfloinformatyczny, którego firma Marka jest dystrybutorem lub producentem, niejednokrotnie zastępuje niewidomym oczy.

Obecnie pełnisz funkcję Dyrektora Biura Fundacji Rak'n'Roll. Jak zaczęła się Twoja droga z tą organizacją?

            W zasadzie to bardzo prosto… od wysłania maila ;) Byłam na życiowym rozstaju dróg, chwilę przed obroną pracy magisterskiej z psychologii i, jak wtedy myślałam, przed rozpoczęciem pracy w zawodzie psychoterapeuty. Chciałam zmienić zajęcie i pomyślałam, że właściwie to praca w Fundacji mi się podoba, jednak wolałabym działać w jakiejś organizacji, której misja jest mi bliska. Z niewidomymi, poza tym, że ich podziwiałam, miałam niewiele wspólnego. Jako że w mojej rodzinie było wiele przypadków nowotworów, a ja sama chorowałam jako nastolatka, postanowiłam, bez żadnej rekrutacji, rozesłać wiadomości do fundacji onkologicznych. Z Rak'n'Rolla odpowiedź przyszła od razu i tak to się zaczęło :)



Mówi się, że osoby, które wygrały z nowotworem przypominają żołnierzy z PTSD (Zespołem stresu pourazowego). Czy Twoje doświadczenie jako certyfikowanej terapeutki przydają się w pracy z pacjentem onkologicznym?

            Myślę, że z moim wykształceniem i doświadczeniem jest mi po prostu łatwiej rozmawiać z ludźmi, którzy obecnie są w trudnej życiowo sytuacji. Poza tym pewnie ja sama także lepiej radzę sobie z emocjami, które rodzi praca w takiej organizacji jak Rak’n’Roll. Jeżeli chodzi natomiast o PTSD, to dla takich pacjentów stworzyliśmy „iPoRaku”. Dzięki uczestnictwu w programie jest im łatwiej po chorobie wrócić do pełni aktywności społeczno-zawodowej.

Sama zachorowałaś na raka jako nastolatka. Jak wpłynęło to na Twoją rodzącą się przecież dopiero kobiecość? W jaki sposób próbowałaś oswoić się z tą zmianą w swoim życiu?

            Nie umiałam sobie wtedy z tym poradzić. Nie akceptowałam zmian, które zachodziły w moim wyglądzie i były skutkiem leczenia. Starałam się oszukać otoczenie, że jestem zdrowa, że sytuacja nie jest aż tak poważna. Zrozumienie i spokój przyszły dużo później, po całkowitym wyzdrowieniu, po terapii. Dziś nie mam problemu, żeby mówić o tym doświadczeniu. Jestem nawet za nie wdzięczna, bo zdecydowanie zmieniło optykę i pokazało, co w życiu jest ważne. Jednak wtedy było ciężko i zawsze będę o tym pamiętać.

Choroba nowotworowa wpływa na ciało, które może mieć już nieco zmieniony kształt i inaczej reagować. Nierzadko pacjentki tracą swoje włosy. Wiemy, że w Fundacji dużo uwagi poświęcacie temu, aby kobiety zaakceptowały się na nowo, także jeżeli chodzi o wygląd (program „Daj Włos!” i akcja „iPoRaku”).

            Program „Daj Włos!” jest odpowiedzią na duży dyskomfort, z którym muszą zmierzyć się głównie kobiety, choć mężczyźni też miewają z tym problem, w trakcie chemioterapii. Panie często mówią, że utrata włosów boli bardziej niż sama diagnoza, stygmatyzuje. Dzięki naturalnym perukom mogą one zachować swoją kobiecość, czuć się po prostu dobrze, patrząc w lustro. Natomiast „iPoRaku”, to program skierowany do osób, które przeszły przez chorobę, jednak z różnych względów mają problem z powrotem do pełni aktywności społeczno-zawodowej. Uczestnicy, po pracy którą wykonują, biorąc udział w tym programie, przewartościowują doświadczenie choroby. Uczą się patrzeć na nią z nowej perspektywy - już bez lęku, bólu i strachu.


Jakie nowe inicjatywy, aktywujące kobiecy element, planuje zespół Rak'n'Roll? Czy mogłabyś opowiedzieć więcej o akcji, którą wraz z Elfa Pharm rozpoczęliście 8 marca? Czym nas jeszcze zaskoczycie?

            Od samego początku tej współpracy wiedzieliśmy, że chcemy postawić na temat wsparcia. Jest on niezwykle ważny nie tylko dla samych chorych, ale także dla ich bliskich. Prawda jest taka, że obecności przy osobie, która zmaga się z rakiem trzeba się nauczyć. Dzięki akcji #Kobiecy Element możemy zorganizować warsztat dla rodzin, bliskich i osób towarzyszących chorym, właśnie z tematu wsparcia. Po jego ukończeniu nie tylko poczują się oni pewniej w swojej roli, ale też łatwiej im będzie zadbać o własne potrzeby.

Jesteś multiaktywną kobietą. Jak wygląda Twój zwykły dzień? A może każdy z nich jest w pewien sposób niezwykły?

            Niestety w tej swojej multiaktywności bywam leniwa i często plany, które rano mam w głowie, wieczorem okazują się niezrealizowane ;)  Zazwyczaj wstaję o 7:10, do pracy jadę na 9:00 i jestem w biurze do 16:00. Potem staram się zadbać o relacje ze znajomymi, czasami odwiedzam siłownię lub idę pobiegać. Ostatnio jednak skupiam się głównie na organizacji własnego wesela, które odbędzie się 14 czerwca i pisaniu pracy magisterskiej z prawa.






Post udostępniony przez Marta Szklarczuk (@lifestyleloveasowa)

W wielu rozmowach podkreślasz, że lubisz spędzać czas nad wodą, a szczególnym uczuciem darzysz morze. Czy obcowanie z przyrodą Cię relaksuje czy jest pretekstem do podejmowania kolejnych wyzwań?

            To zdecydowanie najlepsza dla mnie forma wypoczynku. Może to dlatego, że pochodzę z Elbląga i w zasadzie wychowywałam się nad morzem, ponieważ moi dziadkowie mieli dom w Krynicy Morskiej. Kocham wręcz wszystkie aktywności sportowe związane z akwenami wodnymi, zaczynając od żeglarstwa, a kończąc na nurkowaniu z butlą.


I ostatnie pytanie: co, oprócz kontaktu z naturą, robisz, żeby poprawić swój nastrój, poczuć się dobrze sama ze sobą? A może podzielisz się z nami jakimś sprawdzonym, urodowym trikiem?
           Czasami lubię po prostu zostać w domu, obejrzeć fajny film, serial na Netflixie czy poczytać książkę. Moim ostatnim urodowym odkryciem są natomiast kosmetyki z filtratem śluzu ślimaka marki _Element i mówię to zupełnie szczerze. Czuję, że po wielu latach poszukiwań kremu idealnego trafiłam - jak to zwykle bywa przez zupełny przypadek - na kosmetyk, który zostanie ze mną na długo :)


           Dziękujemy za rozmowę! :)


Przydatne linki: @lifestyleloveasowa na Instagramie / www: www.raknroll.pl

marca 28, 2019

Nie do zatrzymania! Rozmowa z dr Karoliną Manią

Nie do zatrzymania! Rozmowa z dr Karoliną Manią
Czym jest teoria względności czy sieć neuronowa. Jak łączyć akademickie podejście do nauki z misją jej popularyzacji. O tym jak o najbardziej skomplikowanych zjawiskach można opowiadać w prosty i zrozumiały sposób, rozmawiamy z naszą kolejną bohaterką akcji #KobiecyElement. Zapraszamy do lektury wywiadu z inspirującą kobietą „nie do zatrzymania” - dr Karoliną Manią, adiunktem w Instytucie Ekonomii, Finansów i Zarządzania na Wydziale Zarządzania i Komunikacji Społecznej UJ i autorką popularno-naukowego programu MANIA NAUKI w Radiofonii 100,5 FM.



Może zawróćmy kołem czasu i powróćmy do Twojej matury. Czy już wtedy wiedziałaś, że chciałabyś zostać prawniczką? Co skłoniło Cię do tego, aby wybrać akurat ten kierunek?

Gdy byłam w pierwszej klasie liceum, a warto zaznaczyć, że jestem dzieckiem systemu czteroletniego, koniecznie chciałam zostać dziennikarką. W drugiej klasie postanowiłam, że zostanę psychologiem, by w trzeciej i czwartej skupić się na planie - prawo. Zatem powoli dorastałam do tej myśli. Co mnie skłoniło? Wywodzę się z domu pełnego książek historycznych, więc nauka tego przedmiotu nigdy nie sprawiała mi problemu, a egzamin wstępny na kierunek prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim opierał się głównie na tym obszarze. To z pewnością miało znaczenie. Pamiętam jednak jeszcze inny fakt. Pod koniec liceum w telewizji królował serial Ally McBeal… Może to też miało znaczenie?!

Akurat wtedy Ally McBeal była dla wielu dziewczyn serialem ważnym. Choć wiele osób zarzucało twórcom serii antyfeminizm – teraz wiemy, że może niesłusznie i trochę na wyrost. Na łamach Kobiecego Elementu bardzo często poruszamy kwestie dotyczące sytuacji polskich kobiet. Czy Twoim zdaniem kobieta - prawnik ma trudniej niż mężczyzna -prawnik? Spotkałaś się kiedykolwiek z sytuacją, w której zostałaś w jakiś sposób inaczej potraktowana ze względu na płeć?

Myślę o sobie dwutorowo, jako o naukowcu i prawniczce. W każdej z tych ról jestem jednak pełnoprawną kobietą. Nigdy nie spotkałam się z dyskryminacją w związku z moją płcią, jednak mam pełną świadomość, że to mężczyźni dominują w świecie prawa, a kobieta - naukowiec, chcąc się rozwijać musi szczególnie mocno uważać na to, by decyzja o założeniu rodziny nie wpłynęła negatywnie na jej dalszą karierę. To jednak biologiczna niesprawiedliwość, choć może właśnie stąd pochodzi nasza siła i godna podziwu determinacja.






Jesteś adwokatem, pracownikiem naukowym, prowadzisz autorską audycję radiową w radiofonii. Oprócz tego mocno włączasz się w nurt polskich popularyzatorów nauki – tyle o Tobie wiemy oficjalnie. Jesteś bardzo aktywną osobą. Co sprawia, że łączysz aż tyle różnych aspektów? Nie myślałaś o tym, aby skupić się tylko na jednym i poświęcić się mu na 100%?

To byłoby całkowicie niezgodne z moja naturą :) Uwielbiam różnorodność, stąd momentami mam wrażenie, że im więcej obowiązków na mojej głowie, tym dużo więcej robię. Radio pozwala mi poznawać fascynujące osoby ze świata kognitywistyki, czy astronomii. Najpewniej żadnej z nich nie poznałabym, gdyby nie zostały gośćmi mojej audycji. Praca na uczelni daje mi ogrom satysfakcji i stały kontakt z młodymi ludźmi, od których czerpię nieskończone pokłady energii i dystansu. Świat prawa to naturalne zainteresowanie wyniesione ze ścieżki edukacji i wyboru zawodowego. Całość pozwala mi na uniknięcie najgorszego, czyli nudy.


Podkreślasz, że ważna jest dla Ciebie popularyzacja nauki. Skąd wzięło się u Ciebie to poczucie misji?

Najpewniej z buntu, jaki miałam w sobie, będąc jeszcze studentką. Nie rozumiałam wówczas (i nadal się temu sprzeciwiam!), dlaczego na uczelni spotykam się ze sztucznie sformalizowanym językiem, podczas, gdy o najbardziej skomplikowanych zjawiskach można mówić w prosty i zrozumiały sposób. Wtedy postanowiłam sobie, że jeżeli kiedyś stanę po drugiej stronie akademickiej sali, z całych sił będę starała się przekazać posiadaną wiedzę w obrazowy i praktyczny sposób, bez niepotrzebnego zadęcia i buty. A to, jak mi się wydaje, czysta idea popularyzacji nauki.




Opowiedz nam o Twojej audycji „Mania Nauki”. Jak to wszystko się zaczęło?

To ciekawa historia. Kilka lat temu, po skończeniu studiów doktoranckich, szukając nowych obszarów badawczych zaczęłam uczestniczyć w konferencjach naukowych o interdyscyplinarnym charakterze m.in. w Oxfordzie. Jeśli tylko w jakimś programie konferencji znaleźli się naukowcy z rożnych dziedzin, a poruszane tematy wzbudzały moje zainteresowanie - jechałam na miejsce. Po czasie okazało się, że poznałam rzesze niesamowitych pasjonatów: od chemików po filozofów, od matematyków, po lingwistów, z których każdy miał coś ciekawego do powiedzenia w obszarze swoich badań. Wtedy pomyślałam, że to wyjątkowy kapitał na pokazanie światu „pozytywnych wariatów” jakich mamy w Polsce i wykorzystanie ich wiedzy do wyjaśniania zjawisk, których kompletnie nie rozumiem takich jak czarne dziury, czy działanie mózgu. Wykorzystałam więc wrodzoną ciekawość, łatwość kontaktu z ludźmi i napisałam maila do Radiostacji - popularnej w Krakowie stacji radiowej, której muzyki słuchałam nieraz jadąc autem. Odpisali i tak się zaczęło.

Tematyka rozmów poruszana na łamach „Manii Nauki” jest bardzo różnorodna. Skąd czerpiesz pomysły na tematy poszczególnych audycji? Czy dobierasz gości do tematu czy temat do gości?

Audycja MANIA NAUKI jest programem popularnonaukowym, więc wszyscy goście muszą posiadać afiliację uczelnianą. Są to zatem doktoranci, doktorzy, profesorowie - naukowcy, będący specjalistami w swoich dziedzinach. Na początku wykorzystywałam kapitał ludzki, jakim były poznane na konferencjach osoby. Słyszałam każdą z nich, więc miałam pewność, że reprezentują najwyższy poziom wiedzy, a przy tym nie zanudzają… Potem systemem rekomendacji zaczęłam natrafiać na kolejne osoby, weryfikowałam ich profile, szukałam wystąpień. Dalej już poszło samo i obecnie zgłaszają się dziesiątki osób chętnych do udziału w audycji.

Czy aż taki rozrzut tematyczny dziedzin nauki, z którymi masz do czynienia podczas swojej audycji sprawia Ci jakiś problem? Jak sobie z tym radzisz?

Do każdego odcinka przygotowuję się spotykając się wcześniej z gościem lub ustalając tematykę, jaką planujemy poruszyć na drodze mailowej. Następnie szukam jak najwięcej informacji na wybrany wspólnie temat, a potem wchodzimy do studia. Zawsze chciałam, by MANIA NAUKI była przystępna i luźna, stąd staram się wywarzyć proporcje między przygotowaniem, a spontaniczną rozmową.






Czy w rozmowie ze swoimi gośćmi pozostajesz bezstronna i obiektywna wobec poruszanego tematu czy angażujesz się i wypowiadasz swoje prywatne opinie?

Zastanawiałam się nad tym. Z pewnością dużo łatwiej jest mi rozmawiać na tematy z obszaru nauk społecznych i humanistycznych, z racji mojego wykształcenia. Świetnie prowadziło mi się rozmowę z Piotrem Zdybałem, który jest historykiem sztuki (PAN), jak i z Przemysławem Bąblem - profesorem psychologii UJ. Jednak pytania stawiane fizykowi, czy informatykowi są jeszcze bardziej autentyczne, gdyż realnie nie mam wiedzy w tym zakresie, a naprawdę chciałabym wiedzieć, czym jest teoria względności, czy sieć neuronowa. :)

Jaka jest dr Karolina Mania, gdy gaśnie światło w radiowym studio?

Nie do zatrzymania!

Zdradź nam, jaki jest Twój ulubiony trik kosmetyczny?

Bez różu ani rusz!

Dziękujemy za rozmowę! J



adw. dr Karolina Mania 

Adiunkt w Instytucie Ekonomii, Finansów i Zarządzania na Wydziale Zarządzania i Komunikacji Społecznej UJ. Stypendystka Funduszu Stypendialnego im. Ryoichi Sasakawa dla Młodych Liderów (The Ryoichi Sasakawa Young Leaders Fellowship Fund – SYLFF) (2011), SYLFF Research Abroad (2012) oraz Fundacji Kościuszkowskiej (2018). Autorka monografii pt. „Domena internetowa jako przedmiot polubownego rozstrzygania sporów” (2016). Autorka programu popularno-naukowego MANIA NAUKI emitowanego w Radiofonia 100,5 FM


stycznia 04, 2019

Kiedy baba za kółkiem stanie się kobietą? Rozmowa z Moniką "Mmuffin" Piszczek

Kiedy baba za kółkiem stanie się kobietą? Rozmowa z Moniką "Mmuffin" Piszczek
Czy Nowa Huta jest kobietą, a kosmonautki są wśród nas? Za co pokochać można Londyn, a przestać lubić Instagram? Dlaczego odkrywanie jest bardziej ekscytujące niż odkrycie? Na te i wiele innych pytań odpowiedzi znajdziecie w rozmowie z kolejną bohaterką akcji _Kobiecy Element. Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Moniką „Mmuffin” Piszczek, krakowską ilustratorką i autorką naszej kosmonautki, która stała się „twarzą” _Kobiecego Elementu.




Moniko, tworzysz i podpisujesz swoje prace pod pseudonimem - Mmuffin. Co on oznacza? Kim jest Mmuffin?

Dawno, dawno temu w odległej przeszłości, znajomi w szkole nazywali mnie Muffinem. To było w szkole - w Irlandii, gdzie mieszkałam przez jakiś czas z rodzicami. Czułam się tam bardzo samotna. Słodkie muffinki były dla mnie czymś nowym i totalnie się od nich uzależniłam. Miałam nawet swój cotygodniowy rytuał jedzenia czekoladowych babeczek. Gdy teraz o tym myślę, trochę chcę mi się śmiać, bo w tym momencie nie jestem wielką fanką słodyczy, ale wtedy ten muffinek, raz w tygodniu był dla mnie spełnieniem życia. Parę lat później, nowi znajomi wciąż się ze mnie śmiali, że jestem słodka jak muffinka i już tak zostało - dostałam ksywę Muffin.


W pewnym momencie – jako polska artystka działająca zagranicą - bardzo potrzebowałam znaleźć pseudonim, żebym nie musiała zawsze literować swojego nazwiska i nie kojarzyła się z naszym znanym polskim piłkarzem. Wybrałam więc Monique Muffin, które później przekształciłam na Miss Muffin i od paru lat nie mogę się od tego uwolnić. A w pracy jestem McMuffinem. Można powiedzieć , że to moje artystyczne alter ego. Na co dzień jestem Moniką – córką, siostrą, narzeczoną i ciocią. W chwili gdy zamykam się w swoim świecie sztuki, to już staje się kimś zupełnie innym.

Spotykamy się w Krakowie przy okazji otwarcia Twojej wystawy zatytułowanej „Nowa Huta kobietą” wnowohuckim klubie Kombinator. W prezentowanych tam pracach przewija się właściwie jeden temat: nowohucka kobieta. Skąd taki pomysł? Dlaczego właśnie kobieta z Nowej Huty jest dla Ciebie taka ważna?

Jacka Dargiewicza, który jest właścicielem Klubu Kombinator, znam już parę lat i miałam możliwość współpracy z nim w przeszłości. Od początku marzyłam o zorganizowaniu wystawy w tym miejscu, bo spędzałam tam dużo czasu ze znajomymi, a paru z nich nawet tam pracowało. Byłam zauroczona charakterem tego miejsca i faktem, że gdzieś pomiędzy blokami mogło powstać coś tak cudownego. Niestety wtedy jeszcze nie czułam się na siłach, by zaprezentować swoje prace.  Bałam się krytyki i czułam, że nie jestem wystarczająco dobra. Na początku 2018 rozmawiałam z Jackiem i poprosiłam go w końcu o możliwość zorganizowaniu wystawy w Kombinatorze. Bardzo chciałam być częścią kultury, w miejscy w którym się wychowywałam i jest mi bliskie. To on wpadł na pomysł, by zorganizować wystawę jako inaugurację do obchodów 70-lecia powstania Nowej Huty i od razu pomyślałam, że warto skupić się głównie na kobiecie.


Jestem kobietą i kocham rysować kobiety, więc wiedziałam, że będę czuć się dobrze w tym temacie. Zdaję sobie sprawę, że choć w dzisiejszych czasach łatwiej jest być kobietą, to jeszcze daleko nam do kompletnej wolności. Zdecydowałam, że to jest dobry moment, aby za pośrednictwem moich prac opowiedzieć o wolności kobiet. Jako kobiety czujemy niezwykłą presję, by dobrze wyglądać, a przecież wygląd nie pokazuje tego, co mamy w sobie. Dlatego tak bardzo inspirują mnie kobiety, które ciężko pracowały i budowały Nową Hutę w Krakowie i tworzyły jej społeczność. Zresztą jedną z nich była moja prababka.

Na początku chciałam pokazać głównie kobiety przy pracy i skupić się na znanych nowohuciankach, takich jak np. Marta Ingarden, która wraz z mężem zaprojektowała ten piękny układ urbanistyczny Nowej Huty oraz poszczególne budynki. Skontaktowałam się wtedy z Maciejem Miezianem - historykiem, który specjalizuje się w historii Nowej Huty i to on podsunął mi pomysł, by przedstawić kompletnie różne kobiety, które tworzyły tę dzielnicę, bo przecież cała Nowa Huta była zlepkiem różnorodnych kultur i tradycji. Mieszkańcy NH wywodzili się z różnych części Polski, a nawet krajów. Zrezygnowałam więc z gloryfikacji nazwisk oraz  postaci i postanowiłam, że skupię się na wyobrażeniu, jak mogłaby wyglądać Nowa Huta, gdyby była kobietą. Przeczytałam parę książek i obejrzałam film pt. „Zagubione uczucia” z 1957 roku, który zrobił na mnie ogromne wrażenie.

Przez całe życie, mieszkając w Hucie nie wiedziałam, że w ogóle powstał taki film. Zagłębiając się w historię powstawania tej dzielnicy okazało się, że jest wiele faktów, o których mało z nas wie, jak np. że w miejscu dzisiejszego Muzeum PRL był podobóz żydowski dla kobiet albo, że Cyganki stanowiły dużą część robotnic odpowiedzialnych za prace budowlane. Początkowo chciałam pokazać te społeczności, ale ostatecznie skupiłam się na Nowej Hucie jako kobiecie. Według mnie Nowa Huta to kobieta bardzo ciężko pracująca, przodowniczka pracy, wychowująca kilkoro dzieci, stojąca godzinami w kolejkach po chleb, protestująca pod pomnikiem Lenina - prawdziwa buntowniczka. Kobieta niezależna, która wie czego chce i walczy o lepsze jutro dla swoich dzieci. Chciałabym, by ta wystawa stała się pretekstem do rozmów i większej solidarności wśród kobiet. By zrozumiały, jak bardzo były ważne dla historii tej dzielnicy i miały świadomość, że bez nich nie byłoby tego miejsca. To także czas, by zaczęły myśleć także o sobie, a nie stawiały się na drugim, trzecim czy dziesiątym miejscu.

Life is art, czyli "Życie to sztuka" - to motto, które pojawia się na Twojej stronie. Co te słowa tak naprawdę dla Ciebie znaczą? Jak mamy je rozumieć? Żyjesz, jak paryscy awangardziści w XX wieku, prawdziwi ekscentrycy, którzy całymi nocami przesiadywali w zadymionych knajpkach, racząc się mocnymi trunkami i dyskutowali o sztuce? A może właśnie trochę przewrotnie, że życie wcale nie jest takie proste i przyjemne jak nam się wydaje?

„Życie to sztuka” to motto, które mi przypomina, że świat jest piękny, a nasze życie staje się lepsze, gdy odnajdziemy już to, w czym możemy się realizować. Dla mnie to sztuka. Swoje życie możemy sami kształtować, tak jak artysta maluje obraz. W sztuce nie ma ograniczeń, tak samo jak w życiu.
Samo poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, do czego zostaliśmy stworzeni jest ekscytujące. Mnie wiele rzeczy zachwyca. Osobiście jestem introwertyczką, która uwielbia sama zamykać się w pracowni na parę godzin i pracować nad swoim wnętrzem, ale mam też okresy, gdy baluję i chodzę co tydzień do galerii.


Pochodzisz z Krakowa, ale na co dzień żyjesz i tworzysz w Londynie. Lubisz to miasto?

Londyn to olbrzymie miasto i z pewnością nie każdy się w nim będzie dobrze czuć. Na początku byłam zachwycona mieszkaniem w Londynie, ale po pewnym czasie zaczęła mnie przytłaczać ta ogromna  ilość osób i bodźców, które mnie na co dzień otaczają. Choć już przyzwyczaiłam się do tego to wiem też, że kiedyś na pewno wrócę do domu, bo coraz bardziej tęsknie za rodziną. Pochodzę z Krakowa, gdzie jest wszędzie blisko i żyje się wolno. W Londynie wszyscy są zajęci i wręcz biegną, nie ma czasu na cotygodniowe spotkania ze znajomymi czy codzienne gotowanie w domu. Podróżowanie ściśniętym w metrze czy pociągu to standard, a przy tym ludzie są dość zamknięci. To miasto jest męczące, ale też pełne niespodzianek i cudownych wydarzeń. Kocham Londyn za możliwość rozwoju, poznawanie różnorodnych osób, tanie podróże za granicę i do domu. Kocham to miasto za tanie książki i antyki, pełno ciekawych wydarzeń, duży rynek pracy i kulturę pub’ową. Uwielbiam swoją pracę, a pracuję z fajnymi ludźmi, dzięki czemu czuję się doceniana i spełniona. W tym wielkim mieście nauczyłam się dystansu do siebie i świata, znalazłam tu swój balans i spokój. Bycie obcokrajowcem nie jest najłatwiejsze, ale to też motywacja by przeć do przodu i uczyć się nowych rzeczy. Bariery istnieją tylko w naszych głowach.

Pracujesz dla dwóch popularnych brytyjskich mediów. Czym różni się praca ilustratorki i projektantki w Wielkiej Brytanii od Polski?

W Polsce nie pracowałam w mojej branży zbyt długo, więc ciężko mi się porównać te dwa światy. Na pewno rynek pracy w Wielkiej Brytanii jest ogromny i w moim zawodzie jest mi o wiele łatwiej znaleźć interesującą pracę tu niż w Polsce. W tym momencie pracuję dla gazety The Sun i ciężko byłoby mi z niej zrezygnować, bo jest mi tu dobrze. Ilustracje dla Metro wykonuję w domu, w weekendy i wieczory pracuję nad swoimi indywidualnymi rzeczami. Różnica zarobków jest ogromna - także ze względu na walutę, ale sądzę, że jest adekwatna do życia w Londynie. Widzę, że Polski rynek też rośnie w siłę i wierzę, że kiedyś  w przyszłości tu wrócę i otworzę w Krakowie swoją własną działalność.


Często sięgasz po wyraziste, mocne kolory. W Twoich pracach można doszukać się sporo motywów humorystycznych i ironii. A z drugiej strony pojawiają się w nich tematy czy właściwie problemy bardzo poważne. Myślisz, że musimy mówić o tym, co w nas siedzi pół żartem pół serio, żeby ktokolwiek nas chciał wysłuchać?

Mam różne okresy, jak Picasso. Na studiach byłam skupiona na realizmie, chociaż cały czas miałam pociąg do abstrakcji i surrealizmu. Później rysowałam tylko czarno-białe portrety markerami i cienkopisami. Następnie przechodziłam przez erę koloru, nie mogłam się od nich odgonić, ale moje prace były dalej bardzo linearne. Po tym bawiłam się markerami i farbami. Niedawno znowu wróciłam do linearnych, geometrycznych kształtów, by po paru miesiącach uciec znów do koloru, ale już używając głównie komputera, a nie pisaków. Sztuka jest nieskończonym placem zabaw. Bawię się na nim już wiele lat i ciągle mi mało. Kiedyś były to proste rzeczy, teraz uważam, że mam już coś do przekazania i mogę też eksperymentować z tematem. Pracuję nad tym, by moje prace były bardziej konceptualne i pokazać to, co mi siedzi w głowie. Jestem osobą, która traktuje życie pół żartem, pół serio, więc możliwe, że jest to widoczne też w moich pracach J Lubię ironię. Jednocześnie, studiując psychologię zauważyłam, że jest wiele problemów w naszym społeczeństwie, o których trzeba mówić i z nimi walczyć, więc nad tym też powoli pracuję.


Żyjemy w rzeczywistości opanowanej przez social media i instagramowy kult piękna, doskonałości czy wspaniałego życia. Jak się w niej odnajdujesz? 

Dotyka mnie trochę to w jakich czasach żyjemy i jak szybko social media opanowują świat. Nie uważam, że idzie to wszystko w dobrą stronę, gdy wchodzę na Instagram, a tam połowa dziewczyn wygląda tak samo. Internet jest bardzo dobrym narzędziem i na pewno ułatwia nam wiele rzeczy, jednak jeśli chodzi o ciągłą gloryfikację wyglądu na Instagramie, to nie jestem tego zwolenniczką. Mam dni, gdy czuję, że ładnie wyglądam i strzelę sobie foteczkę, nie uważam to za nic złego. Lubię też oglądać buźki moich znajomych i pozytywnych ludzi. Podoba mi się, gdy inni ludzie motywują innych. Jednak, gdy ktoś się w tym zatraca i ta miłość do siebie zaczyna być głęboko narcystyczna to jest już bardzo niezdrowe i nie uważam kogoś takiego za wzór do naśladowania czy jakiś autorytet. Smutne jest też to, że dużo kobiet też zmienia swoje twarze, usta, ciało po to tylko, by wpasować się w określony kanon piękna i staje się przykładem dla nastoletnich dziewczyn, które dorastają w przekonaniu, że muszą właśnie tak wyglądać. Żyją tym, by znaleźć jak najlepszy kąt to zdjęcia. Przecież każda z nas jest piękna! Fajnie, gdy ktoś naprawdę ma pasję i robi coś dla siebie, trochę się tym chwali, bo wszyscy lubimy oglądać i interesować się tym, co robią inni ludzie - tym bardziej nasi znajomi. Fajnie, gdy ktoś pokazuje swoje normalne, codzienne życie, dzieli się ważnymi momentami w życiu, powiększeniem rodziny czy ślubem. Fajnie, gdy ktoś jest kreatywny i o tym opowiada w mediach społecznościowych. Fajnie, gdy ktoś jest ładny. Fajnie, gdy ktoś udostępnia zdjęcia z podróży. Nie jestem hejterem. 


Natomiast niefajne wydaje mi się, gdy żyjesz tylko w tym świecie, a nie w rzeczywistości. Granica pomiędzy światem realnym, a internetowym trochę się zaciera i mam nadzieję, że prędzej czy później coraz więcej ludzi sobie to uświadomi, a młode pokolenie nie będzie kierować się tylko wyglądem lecz głową. Osobiście, mogę powiedzieć, że był czas, gdy bardzo byłam uzależniona od social mediów i trochę mnie to dołowało, nie dawało spokoju. Na szczęście w porę się obudziłam i teraz jest on dla mnie doskonałym narzędziem, by promować swoją twórczość i zdrowo inspirować się życiem i twórczością innych.


Jesteś autorką ilustracji kobiety-kosmonautki, odkrywczyni, która stała się twarzą naszej akcji #KobiecyElement. Przedstawiamy w niej sylwetki kobiet, które inspirują innych, są bardzo różne, ale walczą i robią swoje. Myślisz, że takie inicjatywy są ważne, potrzebne?

Jak najbardziej! Gdy uczymy się historii, słyszymy głównie o osiągnięciach mężczyzn, często też to właśnie mężczyźni są na wysokich stanowiskach, blokując drogę zawodowego rozwoju kobietom. Byłyśmy utwierdzane w przekonaniu, że kobiety mają być  kulturalne i piękne, rodzić dzieci i słuchać mężczyzn, a troszczyć się przede wszystkim o innych, nie o siebie. Pierwszy człowiek w kosmosie był mężczyzną. Najbardziej wpływowi politycy byli mężczyznami. Większość monarchów panujących było królami. Naukowcy, odkrywcy, papieże = mężczyźni. Powoli, powoli zaczęło się to zmieniać, ale myślę, że trochę to potrwa. Uważam, że warto walczyć o kobiety i widzę, że stajemy się coraz odważniejsze i mocniejsze. Buntujemy się, chcemy pokazać, że też potrafimy ciężko pracować i być ambitne. Wychodzimy na ulicę, gdy ktoś mówi nam, że ma prawo decydować o naszym własnym ciele. Bardzo bym chciała, by kobiety mimo swojego piękna, nie były postrzegane głównie jako obiekt seksualny, materiał do reprodukcji. Przecież my jesteśmy naprawdę silne! Natura stworzyła nas by być silnymi, a sam poród to nie błahostka. Znam wiele kobiet, które mają tysiąc rzeczy do ogarnięcia i radzą sobie świetnie. Akcja inspirowania kobiet jest bardzo potrzebna i zdecydowanie powinno być ich więcej. Kosmonautka jest idealną metaforą tego, do czego dążymy my współczesne kobiety. Idźmy z duchem czasu i otwórzmy się na nową epokę, w której wszyscy będziemy równi.


Czy współcześnie coraz więcej kobiet już się stało takimi dziewczynami z kosmosu?

Tak! Walczymy o swoje prawa i pięknie się to ogląda. Coraz więcej kobiet zabiera głos i walczy o lepsze jutro. Może kiedyś nawet ta „baba za kółkiem” stanie się po prostu kobietą prowadzącą samochód.


Ostatnio zaangażowałaś się w projekt „Na Szpilkach”, który współtworzysz z paroma dziewczynami. Opowiedz nam o nim więcej.

W ubiegłym roku zaczęłam studiować psychologię razem z cudownymi pięcioma kobietkami. Większość z nas mieszka za granicą, spotykamy się na studenckich zjazdach. Dobrałyśmy się w grupę na kursie „Metody radzenia sobie ze stresem”. Dostałyśmy za zadanie, by stworzyć projekt powiązany z tematem przedmiotu. Jedna z nas wyszła z tematem zakrzywiania obrazu kobiet w mediach społecznościach i wszystkie stwierdziłyśmy, że ten problem jest nas dotyczy i trzeba z tym walczyć. „Na Szpilkach” to strona, na łamach której dzielimy się swoimi doświadczeniami, udostępniamy ciekawe artykuły i pokazujemy, że nie jest warto gonić za wyidealizowanym obrazem siebie, warto być sobą na 100%. To media generują stres i kompleksy. Zacytuję główną ideę, którą się kierujemy tworząc ten projekt: „moje piękno jest w uśmiechu i łzach. W moim zmęczeniu i energii którą czerpię z pasji, rodziny i przyjaciół. Uczę się akceptować własne słabości i cieszyć się małymi rzeczami, którymi przepełniona jest moja codzienność”. Dorastamy z kompleksami nie dlatego, że nie jesteśmy idealne. To ktoś wymyślił dla nas kanon do którego mamy się przystosowywać. Nie musimy być idealne, mamy prawo być kim chcemy. Mam nadzieję, że nasz projekt pomoże chociaż paru kobietom i nie skończy się tylko na zaliczeniu przedmiotu. Cieszę się, że spotkałam dziewczyny, które widzą to co ja. Chcemy by każda kobieta wiedziała, że razem możemy stworzyć lepszą przyszłość i nie chodzić jak „na szpilkach” z ciągłą troską o swój wygląd.



To już taka nasza mała tradycja, ale ostatnie pytanie zawsze dotyczy ulubionego triku pielęgnacyjnego. Masz jakiś swój sposób prywatny kosme-trik?

Ostatnio mam fioła na punkcie naturalnych kosmetyków i taką nowością, którą używam i z której jestem zadowolona, to olejek z planktonu konika morskiego. Doskonale nawilża, i stosuję go zarówno do spania jak i przed makijażem.

Dziękujemy za rozmowę!